Jedno z bliźniaczych słońc chyliło się już ku zachodowi jednak nieznośny upał nadal dawał im się we znaki. Spojrzał na Czarodziejkę, jej delikatną twarz wykrzywił grymas złości. Odgarnęła niesforny kosmyk włosów i cicho zaklęła gdy nieostrożnie postawiona stopa zahaczyła o wystające pnącza garanda. Próbowała podeprzeć się ręką ale nie zdołała powstrzymać upadku. Mógł zaoszczędzić jej tego bolesnego doświadczenia lecz w ostatniej chwili cofnął rękę i tylko zaśmiał się głośno.
— No proszę! — zdołał wykrztusić. — Co za ciekawy widok. A czego Ty szukasz w tym mrowisku?
Szybko wstała, energicznie otrzepując ubranie, nieco poniżej okolicy jej smukłych pleców. Była cała czerwona ze złości a brązowe oczy ciskały w niego błyskawicami. Z karminowych ust popłynęła cała wiązanka przekleństw w kilkunastu różnych językach. Zdziwił się gdyż większość z nich słyszał po raz pierwszy. A w końcu jego zdolności lingwistyczne nie były wcale takie małe… Dumnie odwróciła głowę i znowu straciła równowagę. Tym razem objął ją, nie pozwalając upaść. Przez chwilę chłonął zapach jej rudych włosów.
— Nie potrzebuję pomocy! — parsknęła.
— Tak, wiem…
Nie dokończył. Jego uwagę zwróciło niespokojne zachowanie Kali. Ring na piersi ostrzegł go sekundę wcześniej nim usłyszał świst strzały. Odepchnął Czarodziejkę. Ostrze Skytraka rozjarzyło się w powietrzu i strąciło lecąca ku niej śmierć.
— Zostań tu! I żadnej magii! — dodał, widząc jak przygotowuje potężne zaklęcie — Połowa łowców dowie się gdzie jesteśmy!
Zniknął w gęstwinie drzew. Czarodziejka rozejrzała się w poszukiwaniu Kali ale wilczyca rozpłynęła się w powietrzu równie nagle jak jej pan.
— Zostań tu! Zostań tam… Ta cała wycieczka zaczyna mnie męczyć — pomyślała — Mam nadzieję jak najszybciej to skończyć.
Zataczając okrąg przedarł się przez gęste zarośla. Zlustrował teren za polaną. Trzy osoby. To nie byli łowcy, ci nie dali by się tak łatwo podejść. Zwykli szubrawcy od jakich aż roiło się na bezdrożach Gerhjooru. Spokojnym krokiem wyszedł na polanę, podczas gdy oni dalej próbowali dostrzec gdzie im zniknął.
— Chyba kogoś szukacie? — zapytał ironicznie.
Drgnęli, zaskoczeni dźwiękiem jego głosu. Następnie cała trójka, wrzeszcząc przeraźliwie, rzuciła się w jego kierunku. Wyciągnął miecz, ostrze nie zaklęte magią, świeciło słabą niebieską poświatą. Ruszył w ich kierunku i lekko przyspieszył. Tuż przed nimi wybił się w powietrze wykonując salto. Opadając wykonał jeszcze półobrót i znalazł się dokładnie za ich plecami. Dwa szybkie, prawie niezauważalne, ruchy i dwaj przeciwnicy leżeli martwi. Ostatni z nich rzucił się do szaleńczej ucieczki. Kala niczym błyskawica wypadła z mroku drzew i powaliła go na ziemię. Zatapiając długie kły w nieosłoniętej kolczugą szyi ofiary.
— Wystarczy! — krzyknął na nią, gdy dalej tarmosiła bezwładne już ciało. —Wracamy. Posłusznie przybiegła, trącając go lekko nosem w oczekiwaniu na pochwałę. Parsknęła obrażona gdy nie zwracając na nią żadnej uwagi ruszył z powrotem w kierunku ścieżki. Przez chwilę powęszyła, chcąc znaleźć jeszcze godnego sobie rywala a następnie bezszelestnie ruszyła za nim.
— Możemy iść dalej — zwrócił się do Czarodziejki. — Przed zmrokiem powinniśmy dojść do Erezy, tam zrobimy postój i odpoczniemy…
— Nie jestem zmęczona — wzruszyła ramionami.
— Doprawdy? Twój wygląd sugeruje…
Nie zdążył dokończyć gdy nagły błysk mocy cisnął nim o pobliskie drzewa. Ledwo zdążył zamortyzować uderzenie.
— Tak — stwierdził w myślach. — Powinienem się już nauczyć, że poruszanie kwestii jej wyglądu jest nadzwyczaj delikatną sprawą…
•
Cichy szmer nurtu Erezy przynosił ukojenie. Zimne powietrze przesycone wilgocią było miłą odmianą po dziennej fali upałów. Spojrzał w roziskrzone gwiazdami niebo. Pierwszy, najmniejszy z księżyców właśnie wynurzał się znad linii horyzontu. Usłyszał cichy szelest kroków za swoimi plecami, czekał nie odwracając głowy.
— Nie możesz spać? — bardziej stwierdził niż zapytał, gdy dźwięk był już zupełnie blisko.
— Nie mogę — odpowiedziała siadając obok — Na co patrzysz? — dodała, przytulając się do niego.
—Na nic, zastanawiam się za co właściwie tak Cię kocham.
— Może za to — zamknęła mu usta pocałunkiem.
Odwzajemnił go przesuwając rękę wzdłuż jej smukłego ciała. Drgnęła mrużąc oczy.
— Jutro znajdziemy wejście do grot, może w końcu znajdziesz to czego szukasz…
— Nie myśl teraz o jutrze — szepnęła, jeszcze bardziej przywierając do niego.
— Nie zamierzam — zdążył odpowiedzieć zanim ich usta znowu się połączyły.
Srebrny blask księżyca rozjarzył się w jej włosach tysiącami malutkich, żywych ogników.
•
Labirynt mrocznych korytarzy nie zachęcał nikogo do zagłębienia się w jego czeluściach. Delikatny odór siarki wyczuwalny był nawet na zewnątrz. Rozejrzał się wokół ale nie dostrzegł nic co mogłoby stanowić dla nich jakikolwiek niebezpieczeństwo.
— Kala, zostaniesz tutaj — odpowiedziało mu przeciągłe wycie — Nie bój się, niedługo wrócimy. — starał się ją uspokoić poklepując i mierzwiąc po grubej sierści. Wilczyca nie była zachwycona takim obrotem sprawy, jednak potulnie usiadła tuż przed wejściem. Ruszył w głąb a rudowłosa czarodziejka podążyła za nim. Tunele rozszerzały się w miarę tego jak schodzili coraz niżej. Było ich też coraz więcej Właściwie wszystkie z nich były praktycznie jednakowe. Do tego stopnia iż coraz trudniej było zachować właściwą orientację.
— Zaczekaj! — zatrzymał idącą teraz przed nim czarodziejkę, dzięki magii zdecydowanie lepiej od niego mogła znaleźć drogę w tej groteskowej plątaninie. Coś w tym wszystkim zaczynało go mocno niepokoić.
— Zbyt łatwo — zwrócił się do niej cicho — Nie jest tak jak być powinno, nie spotkaliśmy nawet zakichanego zoraka a w takich miejscach powinno się od nich roić. Nie mówiąc już o rakwerach.
— Wszędzie doszukujesz się kłopotów — ucięła krótko. —To raczej dobrze, że nie natknęliśmy się na żadne z tych stworów.
— Nie jestem tego taki pewien…
— Ale ja jestem pewna! — mówiąc to ruszyła dalej. Ujął jej ramię i zatrzymał ponownie.
—Wiesz, że przeczucie nigdy mnie nie myli …
—Wiem, wiem. Przepraszam.
Wyostrzając maksymalnie zmysły ruszył dalej. Przez chwilę zastanowił się jeszcze czy kiedykolwiek wcześniej słyszał to słowo z jej ust. Kolejne przejście zaprowadziło ich do wysoko wysklepionej jaskini. Starał się dostrzec drugi z jej końców, ten jednak niknął w gęstej mgle.
— Kłopoty właśnie się zaczęły — warknął — To pułapka! Uciekaj! Zatrzymam ich.
— Widzisz coś?
— Natychmiast! — zasłonił ją i popchnął przy tym lekko do tyłu.
Ring zajaśniał lekko, gdy długie ostrze Skytraka zmieniło kolor przechodząc z lekko niebieskiego w opalizujący granat. Z mgły wynurzyli się pierwsi łowcy. Pędzące lodowe groty roztrzaskały się na barierze refleksyjnej wytworzonej przez moc talizmanu. Te, którym udało się ją przebić zamieniły się w małe obłoczki pary w zetknięciu z klingą miecza. Poczekał aż zbliżą się do niego na bezpośrednią odległość uniemożliwiającą efektywne wykorzystywanie magii. Rozpoczął zabójczy taniec. Parował ciosy zadając krótkie pośpieszne pchnięcia. Na miejscu zabitych wrogów pojawiali się jednak następni. Nie mógł nadążyć z robieniem kolejnych uników. Coś wbiło się w jego nogę. Zachwiał się, ledwo zdążywszy zasłonić się od kolejnego ciosu. Siła uderzenia była jednak zbyt duża. Upadł i. natychmiast przetoczył się w bok, unikając śmierci.
— Zostawcie go! — Głos Daroka odbił się szerokim echem.
Próbował wstać potężny kopniak przygwoździł go jednak z powrotem do ziemi, miecz wypadł z jego ręki. Próbował jeszcze go dosięgnąć…
— To na razie nie będzie ci potrzebne! — Darok zaakcentował swoje słowa kolejnym kopnięciem. — Podnieście go!
Jakieś ręce szarpnęły go do góry i unieruchamiły.
— Widzisz! Znowu się spotykamy. Mój stary dobry przyjacielu… I znowu mam do ciebie to samo malutkie pytanie… Myślę, że teraz będziesz bardziej skory do pogawędki?
— Pierdol się!
— Chętnie… — szczery chichot szybko wypełnił jaskinię i szybko ucichł — Ale zaraz po tym jak usłyszę gdzie jest kryształ duszy Zataisa?
Jedyne co mógł zrobić to splunąć w jego kierunku.
— Nigdy się nie poddajesz? Co? — przybliżył się do niego wyciągając srebrny nóż. — Być może potrafisz znieść ból — mówił, podczas gdy czubek noża ukośnie przesunął się znad prawej brwi aż do połowy jego lewego policzka. Poczuł mdły i ciepły posmak gdy krew sącząca się z rany zwilżyła zaschnięte wargi.
—Dajcie ją tu! — rzucił w bok. — Spójrz! — syknął, przekręcając brutalnie jego głowę — Jak Ci się to podoba? Ona chyba nie ma takich zdolności… Poza tym szkoda takiej ładnej buzi — zaśmiał się znowu.
Drgnął próbując wyrwać się prześladowcom.
— Czekam… — dobiegł go szyderczy głos. — Ciebie i tak zabiję ale ona…Ona nie jest mi do niczego potrzebna.
Właściwie decyzję podjął już wcześniej.
— Zachodnie pasmo, świątynia Wutaii — powiedział cicho.
— Jesteś skończonym głupcem! — rechot wypełnił całą salę. — A o to cię nie podejrzewałem. Puśćcie ją — nie przestawał się śmiać. — Dobrze się spisałaś Airis, przyprowadzając go tutaj, dostaniesz swoją nagrodę.
Nie docierało do niego to co właśnie usłyszał. Spojrzał na czarodziejkę ta jednak odwróciła się unikając jego wzroku.
— Jak się czujesz? — jego głos rozsadzał mu czaszkę. No sam powiedz ile to razem wypiliśmy gorzały, ile razy tłukłem ci do tego pustego łba abyś nigdy nie ufał kobietom. A w szczególności czarodziejkom. I co? Jak do dziurawego wiadra. Wystarczy zgrabna nóżka, zwiewna spódniczka i całą moją naukę rakwery wzięły. Miałem zabić cię własnoręcznie ale brzydzę się półgłówkami takimi jak ty. No i wpadłem na zdecydowanie lepszy pomysł… —Ty to zrobisz! — zwrócił się do czarodziejki podając jej nóż.
Kapiąca z rany na twarzy krew utrudniała mu widzenie, niemniej jednak widział jak zbliżała się do niego z wysoko uniesionym ostrzem. Spojrzał w jej zimne oczy.
— Czas w piekle będzie mi się trochę dłużył mam jednak nadzieję, że szybko do mnie dołączysz — mówił, dalej patrząc w jej oczy. Zanim zimne srebro zagłębiło się w jego ciało wydawało mu się iż dostrzegł tam iskrę jakichś emocji. Później ogarnęła go ciemność.
— Zostaw to! — krzyknął Darak do jednego z łowców sięgającego po leżącego obok ciała Skytraka — żyjący miecz nigdy nie będzie służył innemu panu. Idioto! Chcesz zginąć? Zostawimy całe to ścierwo rakwerom na pożarcie. Ruszać się! Czeka nas długa droga na zachód.
Prawie nic nie zakłócało ciszy jaka zapadła po ich odejściu. Miecz zmienił poświatę gdy strużka krwi tego, któremu służył dotarła do jego ostrza. Granat ustąpił zieleni, ta z każdą chwilą była coraz jaśniejsza i coraz silniejsza łuna rozświetlała mrok groty.
