Obudziłem się na chwilę przed sygnałem budzika. Ciągle zamykając oczy łudziłem się, że będzie można jeszcze trochę pospać. Tak – jest pewnie koło trzeciej powtarzałem sobie w myślach. Tak, tak, na pewno… To daje jeszcze dwie godzinki snu… I w tej chwili z głośnika dobiegły pierwsze dźwięki… Ech… Westchnąłem, po omacku wyłączając dźwięk. Szybko wstałem i zerknąłem w stronę okna. Słońce jeszcze nie wzeszło ale zapowiadał się całkiem pogodny i ciepły dzień. Oczywiście jak na tą porę roku. W końcu była już połowa listopada. Wszystkie poranne czynności zdążyłem opanować do perfekcji. Nie było tu miejsca na żadne zbędne działania. Podejrzewam, że dałbym radę zrobić wszystko z zamkniętymi oczyma. Jeden krok w lewo, trzy naprzód, lewą ręką włączam kuchenkę, jednocześnie prawą otwieram lodówkę… Któż tego nie zna… Wyszedłem na balkon rozkoszując się czystym powietrzem Miasta. Z kominów ekologicznych piecy docierał jakże uroczy aromat palonej gumy, plastiku i brudnych szmat. Wszystko to łączył szlachetny zapach najgorszego jakościowo węgla. Mieszkałem wysoko, na szóstym piętrze. Lekka mgła kumulowała wszystkie te bajeczne wonie, pozwalając głębiej odetchnąć, na chwilę zatopić się w porannych rozważaniach. Rozważaniach nad sensem istnienia świata i nad tym czy pora już iść do toalety. Wziąłem kolejny łyk kawy promocyjnie zakupionej w pobliskim supermarkecie i nagle moją chwilę zadumy przerwał hałaśliwy jazgot śmieciarki manewrującej pomiędzy niedbale zaparkowanymi samochodami. W końcu pojazd przedarł się w okolice pojemników. I tym razem chyba żadne z osobowych aut nie straciło przy tym lusterka. Pod zadaszeniem w trzech kontenerach znajdowały się odpady posortowane na frakcje. Bardzo dokładnie posortowane. W pierwszym były ggazety, pudełka, zużyte pieluchy, resztki obiadów, potłuczone butelki… W drugim potłuczone butelki, resztki obiadów, zużyte pieluchy, pudełka i gazety. A w trzecim… Hmmm, cóż mogło być w trzecim…
— Co za debil postawił tu tą szybę – dobiegły do mnie zduszone przekleństwa. No może niekoniecznie tak brzmiały, może były nieco bardziej wyrafinowane, subtelne, przepełnione uczuciem. Uczuciem niemożliwym do utrzymania wewnątrz i w całej swej głębi z wewnątrz tryskającym. Zerknąłem w dół biorąc kolejny łyk kawy. Dostęp do kontenerów blokowała pęknięta, wielka, balkonowa tafla szkła. Uśmiechnąłem się lekko po czym spojrzałem na dłoń gdzie ostre szkło zostawiło delikatną już prawie niewidoczną rysę. Wcale nie było tak łatwo znieść to ustrojstwo na dół. Samo to jak doszło do tego pęknięcia stanowi zabawną historię ale na razie to pomińmy. Może kiedyś to Wam opowiem. Dziś pora na co innego. Czeka mnie naprawdę ważny dzień. Dostałem awans lub jak kto woli zmieniłem zakres zawodowej specjalizacji. A po hucznym okresie świętowania nadeszła pora by zacząć pracować. Cichutko, tak by nie obudzić żony i dzieci dokończyłem poranne czynności i wyszedłem z mieszkania.
•
Podróż do pracy przebiegła wyjątkowo szybko. Nie było żadnych korków, utrudnień. Wszyscy kierowcy byli dla siebie wyjątkowo uprzejmi. Poranne słońce mile łaskotało twarz swoimi roziskrzonymi kosmykami, mimowolnie wywołując uśmiech i optymistyczny nastrój. Tak, tak właśnie powinna wyglądać moja droga do pracy – pomyślałem, stojąc w sznurku aut i kontentując muzykę cicho sączącą się z radia oraz wymyślne, obrazowe, ukryte pragnienia wypowiadane przez użytkowników cb – radia. Te ostanie były nieco głośniejsze od muzyki. Dlaczego ukryte pragnienia – ktoś mógłby spytać? Cóż, kiedyś, kiedy jeszcze miałem odrobinę więcej czasu czytałem książkę znanego psychologa, który wyjaśnił to w dość obrazowy sposób. Krzycząc, złorzecząc, obrażając kogoś tak naprawdę wyrażamy tylko projekcję własnych lęków. Własną nieudolność, strach. Staramy się zdominować kogoś – bo sami jesteśmy słabi i takim prostym sposobem budujemy swoje żałosne ego. Chyba coś jest w tych rozważaniach. W każdym bądź razie ja zawsze byłem spokojny i uśmiechnięty. Rzadko podnosiłem głos. Kiedyś, właściwie już jako dziecko, nauczyłem się, że najlepszym sposobem na relacje z innymi ludźmi jest po prostu uśmiech i mówienie im prawdy. Zawsze. Tą prawdę i tak każdy interpretuje na swój sposób. A poza tym w pewnych sytuacjach jest to niesamowicie zabawne. Wyobrażacie sobie kogoś kto wulgarnie krzyczy i chce wam zrobić krzywdę oraz waszą miłą, słodką odpowiedź instruującą go by przestał bo inaczej np. złamiecie mu rękę? Odpowiedź popartą szczerym, słowiańskim uśmiechem? No dobra, może to nie jest zabawne. Ale to jak potem ten ktoś jęczy trzymając się za rękę. Płacze, szlochając, kwiląc. Skarży się sepleniąc: „Co mi zrobiłeś niedobry człowieku?” Jest już całkiem zabawne. Jeszcze zabawniej jest gdy ktoś nie ma na tyle inteligencji by powstrzymać w porę swój język i próbuje się odgrażać. A boki można zrywać gdy już dowie się, że nie jestem wcale „niedobrym człowiekiem.”
Samochód, którym jechałem kupiłem dopiero kilka dni temu. Był nowy co oznacza, że miał niecałe 10 lat i przejechane tylko dziewięćdziesiąt osiem tysięcy kilometrów. A licznik na pewno nie był kręcony. Poza tym kupiłem, właściwie kupiliśmy go razem z żoną od pewnego starszego małżeństwa, które używało go sporadycznie. Wiecie niedzielne wycieczki, dojazdy do kościoła… Ponadto pierwszym właścicielem był ksiądz… Tak wiem, że się śmiejecie ale to wszystko akurat prawda. Cóż, okazje też się czasem zdarzają. Do biura dotarłem tuż przed siódmą, wymieniałem zdawkowe uprzejmości i zagłębiłem się w bieżącej dokumentacji. Czas leciał szybko. Nie zerkałem na zegarek ale wiedziałem, że już pora wyruszyć w teren. Dopiłem drugą już tego dnia kawę, ubrałem się i wyruszyłem do centrum Miasta.
Do baru wszedłem rozglądając się dyskretnie. Przelotny ruch głowy pozwolił mi na szybką ocenę tego miejsca. Wystrój był całkiem, całkiem i nawet mi odpowiadał. Wnętrze przypominało abstrakcyjne połączenie groty z wiejską chatą. Lokal znajdował się w podziemiach kamienicy. Kolor ścian, ich faktura oraz sam ledwie wyczuwalny zapach starych murów przywodził na myśl właśnie grotę. Reszta, czyli stoły, krzesła, półki, wieszaki wykonana była z drewna stylizowanego na dość stare i mocne. Naprawdę całość sprawiała miłe dla oka wrażenie. Szczegółów dopełniały obrazy powieszone na ścianach jednak nie zdążyłem się im dokładnie przyjrzeć. Nie zdążyłem też przyjrzeć się wykończeniu baru. Z rogu sali podniosło się radosne wołanie – Tutaj! Tutaj! Proszę Pana tutaj!! Uśmiechnąłem się w myślach. W wołaniu nieomylnie dawało się wyczuć niezwykłe podekscytowanie, wręcz anielską radość kogoś kto wie, że trafił na frajera i zwietrzył łatwy zarobek. Ba, zwietrzył… Już go przeliczał, układał w kieszeni i może nawet wydawał. Uśmiechnąłem się i skinąłem lekko ręką. Powoli, cały czas się uśmiechając ruszyłem do rogu sali i usiadłem naprzeciw nieznajomego. Nieznajomy miał niewiele lat. Przynajmniej w porównaniu do mnie. Wyglądał, hm… Jak, jak przeniesienie z plakatu dzisiejszych chłopców, do których wzdychają nastolatki. Spodnie a może to już rajstopy opinające chude nogi. Coś, co można by nazwać kurtką o ile nie byłaby zrobiona za swetra połączonego z babcinym szalikiem. Pieczołowicie ucharakteryzowana grzywka, niebieskie oczy i starannie ukryte pod makijażem wypryski. Przez chwilę nie słuchałem co mówi… Zorientowałem się dopiero gdy zamilkł i patrzył na mnie wyczekująco. – Brzmi zachęcająco – odpowiedziałem i pozwoliłem aby na mojej twarzy wykwitł wyraz niepewności. Nieznajomy od razu ruszył do zdwojonego ataku.
— Nie musi Pana się niczym, przejmować, wszystko jest przecież całkowicie proste… No proszę przyznać kto w dzisiejszych czasach wierzy w takie rzeczy? sam Pan powie no kto? Przecież takie bajki…
— No właśnie skoro to bajki – postanowiłem mu przerwać — To jak na tym Pan zarabia?
Cóż, cóż… – twarz mojego rozmówcy stężała na ledwie uchwytny moment, jednak słowa zaraz dalej popłynęły z jego dziecinnych ust — No to przecież proste — głośno przełknął ślinę — W pewnych kręgach, no nazwijmy to ekscentrycznych kręgach, ten hm… Jak obydwaj przecież wiemy nieistniejący drobiazg ma całkiem materialną wartość. Ci reh, heh, reh – zarechotał. Naprawdę możecie mi wierzyć zarechotała jak żaba. Tak, iż przez chwilę zastanawiałem się czy nie powinien zająć się jakąś inną pracą, dajmy na to udawaniem głosów zwierząt, przy produkcji audiobooków – głupcy płacą za taki papierek — ciągnął dalej — konkretne pieniądze a potem zapewne sapią z uniesieniem między sobą kto ile zebrał. Zresztą nie wiem co robią potem.. – tym razem zarżał i zyskałem pewność, że mógłby naśladować głos osła — Kogo to przecież obchodzi ważne, że biznes się kreci…
— To ile bym dostał? — znów wpadłem mu w słowo
— Tak jak mówiłem to będzie pięć tysięcy, płatne gotówką, żadne tam przelewy, wie Pan jakie są urzędy..
— No tak — potwierdziłem. To akurat wiedziałem bardzo precyzyjnie. — Czyli dostanę właściwie pięć tysięcy ot tak za nic? Przecież muszą być jakieś kruczki..
— Jakie tam kruczki – młodzieniec zapiał – żadnych kruczków i oczywiście gotówkę dostanie Pan od razu, no właściwie to jest jedna niedogodność — zmienił nieco ton i teraz nachyliwszy się do mnie teatralnie szeptał — sam podpis, no wie Pan musi być złożony w sposób tradycyjny, nazwijmy to staromodny, wszystko musi wyglądać tak jak to się opisuje w starych bajaniach.. No mam nadzieję, że nie boi się Pan widoku własnej…
— Nie boję się — uśmiechnąłem się szczerze, nie pozwalając mu mówić dalej — ale skoro tyle jest w tym tej no tradycji to i chyba musi być jakiś sposób żeby potem odwołać taką umowę no przynajmniej w bajkach zawsze coś takiego jest — zacząłem się śmiać już całkiem głośno
— Ha, ha ha sprzedawca dołączył do mojego śmiechu — Oczywiście, że jest, oczywiście, musi, musi Pan zgadnąć moje ii… iiiii… — prawie się zakrztusił — iiimię. Wykorzystałem moment gdy dalej był pochylony w moim kierunku i niepostrzeżenie wyjąłem z kieszeni moją legitymację unosząc ją na wysokość jego oczu. Nasz kącik, gdzie siedzieliśmy, rozświetlił się krwistą czerwienią. Karmazynowe litery umieszczone na małym kawałku plastiku, wielkością nie odbiegającym od karty kredytowej, żyły własnym życiem, poruszały się ciągle, powiększały, malały, zbliżały do siebie, czasem wyglądało to tak jakby jedna z nich goniła drugą, jakby walczyły ze sobą. Wszystko to podkreślał opalizujący czerwonym złotem pentagram. A całości dopełniał holograficzny efekt skapującej na blat stołu krwi. Cóż muszę przyznać, ze wykonanie mojego służbowego dokumentu identyfikacyjnego było naprawdę najwyższej klasy i skromnie dodam, że przecież nie mogło być inaczej bo sam byłem najwyższej klasy specjalistą. Wyobrażacie sobie jak może szybko może zmienić się wyraz twarzy? Jeśli tak to weźcie spora poprawkę. W jednym momencie oczy mojego kompana rozmowy wręcz wyskoczyły z orbit a cala twarz przybrała kolor świeżo wykrochmalonego prześcieradła. Z tej nieskazitelnej bieli wyróżniały się jego uszy cóż te przybrały kolor dojrzałej śliwki węgierki.
— Panie Waldemarze, Rumcajsie Skarżotyński — powiedziałem oficjalnym zimnym tonem i zauważyłem, że Walduś chyba właśnie zaczął dławić się własnym językiem i własną śliną — Panie Waldemarze — ciągnąłem już cieplej — Panie… — Nie dokończyłem i nie przeszedłem do gorącego szeptu, Walduś znikł. Teleportowała się, chyba w końcu odzyskał zdolność myślenia i oczywiście od razu popełnił głupstwo… Cóż… rozparłem się wygodnie na krześle, zamówiłem herbatę i spokojnie małymi łyczkami piłem ją czytając w skupieniu dzisiejszą poranną gazetę. To znaczy czytał bym ją w skupieniu gdyby chociaż jeden artykuł był na jako takim poziomie… Po dłuższej chwili wyjąłem z kieszeni swój smartfon, całkiem zwyczajny smartfon, jednym kliknięciem uruchomiłem aplikację oznaczoną zielono – niebieską gwiazdką. Smartfon był całkiem zwyczajny ale aplikacja, cóż aplikacja nie należała do zwyczajnych, dość powiedzieć, że nie można jej pobrać w żadnym ogólnodostępnym sklepie. Walduś zmaterializował się na krześle przede mną. Teraz wyglądał jednak całkiem inaczej nie miał połowy włosów, paru zębów i całkiem sporego kawałka ucha. Za to oczy miał teraz większe, sporo większe, może to była zasługa powiększającej się opuchlizny a może już zrozumiał, że musi mnie uważnie słuchać. Zanim wszedłem do lokalu uruchomiłem nasz program monitorujący zeroprzestrzeń i uciekający Walduś trafił wprost do naszego biura. Konkretnie do kanciapy gdzie „odpoczywali” dwaj podlegli mi pracownicy fizyczni — Janek i Andrzej. Moi koledzy ucięli sobie z nim krotką pogawędkę i byłem przekonany, że nasz młody sprzedawca wyciągnął z niej właściwe wnioski.
— Walduś — rzekłem ciepło — pozwól że się przedstawię — ciągnąłem równie miłym głosem — nazywam się Mariusz i jestem inspektorem PIKu Piekielnej Izby Kontroli a konkretnie reprezentuję Wydział Zajęcia Dusz. Widzisz Waldemarze — teraz rzekłem już oschle, karcąco — zachodzi brak właściwej korelacji między tym ile dusz ostatnio zebrałeś a jaki odprowadziłeś nam podatek…
— Ja wszystko oddam, wszystko wszystko — Walduś łkał jak dziecko i wycierał siny nos w podarty rękaw swojej „kurtki.”
— Oczywiście, że oddasz poklepałem go po ramieniu, przełamując obrzydzenie. Nie może być inaczej… — Co możesz powiedzieć na temat Pani — tu podsunąłem mu pod lewo oko, to które było mnie zapuchnięte, zdjęcie szesnastoletniej drobnej blondynki w dużych okularach i włosach związanych w koński ogon.
— Nie znam żadnej Andżeliki — zawył przeciągle Walduś i rozpłakał się jeszcze bardziej — cóż nie mogę nie powiedzieć, że chłopak się uczył dość szybko jak na swój pusty rozumek. — Jasne, że nie znasz — rzekłem lodowato — pozwól jednak, że udzielę Ci ostrzeżenia. Gdyby w Twojej głowie pojawiła się jakakolwiek myśl aby ją nieco bardziej poznać — zaakcentowałem słowa „nieco bardziej” — ja pojawię się równie szybko jak ta myśl. Pojawię się też gdyby jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zdarzyło się, że zbliżysz się do niej na odległość, hmmm powiedzmy pięciuset kilometrów? Zrozumiano!?
—Tak, tak, oczywiście —skwapliwie potakiwał głową — Tak, tak. Ja już nigdy…
— A zaległości podatkowe uregulujesz w ciągu 7 godzin w biurze obsługi —dodałem. — I Walduś — uśmiechnąłem się — nie spraw mi zawodu, dobrze?
— Tak jest proszę Pana — skwapliwie przytaknął
— Walduś?
— Tak, tak, tak?
— Znikaj Walduś… — Waldusiowi nie trzeba było powtarzać — chłopak naprawdę się uczył i wykazywał ku temu duże chęci. Ech westchnąłem przypominając sobie własne czasy i błędy młodzieńczego wieku. Zamówiłem jeszcze szklankę jakiegoś soku i sącząc go wróciłem do „poważnej” lektury.
•
W biurze byłem pod sam koniec pracy. Jest szef? — spytałem z uśmiechem sekretarkę — Jest — odpowiedziała nie odrywając oczu od ekranu na którym zauważyłem jakieś skomplikowane statystyki — wchodź — dodała.
Gabinet szefa urządzony był wręcz spartańsko. Osiemdziesięcio calowy telewizor wtapiał się w rozległą ścianę i niknął przy wielkim, wręcz olbrzymim biurku zawalonym papierami. Z głośników, których w całym pokoju mogło być na pewno kilkadziesiąt sączyła się cicha spokojna metalowa muzyka. — Co tam? — szef oderwał wzrok od jakiegoś zestawienia makulatury — A to ty — jego twarz pojaśniała i szybko wstał z krzesła — Mów, szybko, jak tam. Załatwiłeś sprawę? Nie muszę się niczym martwić? Jestem tak zawalony pracą, że naprawdę brakuje mi czasu, czasu który powinienem poświęcić swojej kochanej kruszynce… Mojej jedynej…
—Pańska córeczka jest bezpieczna, ten matoł już nigdy nie będzie jej zaczepiał. Nawet nigdy nie spróbuje się do niej zbliżyć..
— To znakomicie — twarz szefa pojaśniała — Znakomicie, dobrze się spisałeś. Naprawdę, znakomicie! Aha — dodał — zostawiłem Ci na biurku kolejne trzy sprawy, przejrzyj je…
Cholera, no i proszę cały miły nastrój szybko gdzieś prysł, miałem nadzieję, że szef wspomni coś o premii, choćby niewielkiej a tu co? Zajmij się kolejnym sprawami… Ech. Skinąłem potakująco głową i wyszedłem z gabinetu. Cóż przynajmniej cnota ukochanej córki szefa będzie bezpieczna, no przynajmniej przez jakiś czas… Zapewne krótki czas, pomyślałem, zamykając za sobą drzwi.
